
Tegorocznej zimy postanowiłem odstawić narty na bok i zorganizować zimowy wypad na winga i fale. Wybór kierunków nie był zbyt duży, ale trafiliśmy na interesującą opcję all inclusive na wyspie Sal należącej do archipelagu Wysp Zielonego Przylądka.
Na wstępie kilka słów o walorach turystycznych tego miejsca, wszak nie samym pływaniem człowiek żyje. Niech was nie zwiedzie nazwa archipelagu, bo kolor zielony znajdziecie tylko w nazwie. W drodze z lotniska nad zatokę Santa Maria nie widać było ani jednego drzewa. Wyspa to raczej pustynia pomieszana z klimatem księżycowym. Zatoka Santa Maria, gdzie usytuowane jest większość hoteli, ma szeroką, piaszczystą plażę z kilkoma palmami. Temperatury w styczniu to: woda 22c, powietrze 25c – w sam raz na piankę 3 mm.

Przyznam jednak, że jeśli chodzi o pływanie to miejsce nas zauroczyło. Z hotelu wychodzisz prosto na plażę, przechodzisz mały przybój i po 2 km halsie docierasz do cypla na wejściu do zatoki o nazwie Ponta Lema. Tam czekają na ciebie 2-4 metrowe fale. To dość bezpieczny spot bez rafy i kamieni, z wiatrem side shore od 15 do 25 węzłów.



Generalnie bardzo komfortowe i bezpieczne pływanie na falach, które właściwie łapiesz za każdym razem. Tak komfortowo nie czułem się chyba na żadnym wyjezdzie. Dowodem tego może być fakt, że podczas pobytu ani razu nie sprawdzałem prognozy, warunki okazały się tak świetne i przewidywalne. Sezon wiatrowy trwa tutaj ponoć od grudnia do kwietnia, ale styczeń – luty wydaje się najpewniejszy. Pod kątem windsurfingu spot nie jest wymagający, jednak fala nie jest zbyt stroma i tylko co jakiś czas dawała okazję do jazdy na desce windsurfingowej.


Odwiedziliśmy również kilka innych spotów, choć pożyczenie pickupa w szczycie sezonu nie jest takie proste. Sławny Kite Beach raczej zostawiłbym kitesurferom. Wiatr on shore, mnóstwo kajtów i gdzieniegdzie rafa lub kamienie. Miejsce nie zachęcało do wodowania. Niedaleko Kite Beach jest ciekawy cypel „Ponta da Fragata”. Miejsce z potencjałem: ładna fala i wiatr. Niestety nie odważyliśmy się wodować ze względu na trudne wyjście z rafą i kamieniami.

Kolega – Marek, który jest już stałym bywalcem Sal, zabrał nas na bardzo urokliwą plażę „Calheta Funda”. To dwie małe zatoczki z dość komfortowym wyjściem. Niestety jak się okazało trzeba bardzo uważać przy wejściu na rafę i kamienie. Na wodzie przywitały nas piękne układające się w długie sety fale z bardzo dużym odstępem. Problemem był jednak wiatr totalnie offshore i pływanie na fali na lewą nogę, do czego nie byliśmy przyzwyczajeni. Miejsce jednak bardzo odludne i urokliwe.

Nie mogę pominąć chyba najsławniejszej fali na spocie Ponta Preta. Niesamowite miejsce, które robi piorunujące wrażenie. Gdy przyjechaliśmy na spot woda była praktycznie płaska. Wystarczyło jednak poczekać trzy minuty i z oceanu zaczęły wyłaniać się „potwory”, które przepięknie łamały się zaraz przy brzegu. Przyznam, że nie odważyliśmy się zejść na wodę na wingu, zwłaszcza po tym, gdy już na początku zobaczyliśmy, jak fala wypluła windurfera prosto na kamienie. Mogliśmy mu tylko pomóc pozbierać roztrzaskany sprzęt. Miejsce zdecydowanie dla odważnych. Ale trzeba to zobaczyć na własne oczy!

Podziękowania dla Wioli za zdjęcia.